kwi 11

Pierwsza to karta SB Live! 5.1, z której obsługą nie spodziewałem się mieć problemów. I faktycznie, moduły załadowały się same, Gnome samo się przestawiło, odtwarzanie kilku dźwięków jednocześnie (w końcu) także działa od ręki. Tak zresztą miało być - piszę o tym dlatego, że miło w końcu, po 10 latach od wejścia Windows 95, zobaczyć na żywo Plug & Play działające tak, jak powinno.

Druga zabawka to cyfrówka Canon A430. Tutaj przewidywałem trochę większe problemy, jako że z doświadczeń z aparatami tej firmy pamiętałem, że nie potrafią one się połączyć z komputerem jako USB-Storage device, tylko działają za pomocą PTP. Przewidywania się mniej więcej spełniły i współdziałanie Canona z Ubuntu wypada trochę gorzej - F-Spot, który jest aktualnie dostępny w Dapperze jak na złość odmawia współpracy z Canonami. Póki bug ten nie zostanie naprawiony, muszę korzystać z gtkam'a, który na szczęście problemów nie robi.

Trzecia i ostatnia zarazem zabawka na dziś to obsługa XGl. Instalacja tego w Dapperze jest banalna - paczki z oficjalnego repo + edycja dwóch plików, razem może z pięć minut i można się bawić, jak na filmiku. Co ciekawe, wszystko to działa całkiem płynnie, czego się w sumie nie spodziewałem. Ale i tak musiałem dzisiaj wyłączyć, bo XGl nie chciał współpracować z Enemy Territory na fullscreenie. No cóż, może za parę wersji... Ustawienia i paczki zostawiłem - przyda się do szokowania niczego się nie spodziewających ludzi. :)

kwi 10

Wirusy na linuksa to ostatnio bardzo popularny temat, rozdmuchany przez Dziennik Internautów oraz PC World Komputer prawie jak tytułowy koniec świata. Ciekawe w sumie, komu tak bardzo zależy na straszeniu ludzi - widać Ubuntu i inne przyjazne dystrybucje nieźle dały się niektórym we znaki. Nie chcę jednak tutaj wdawać się w mało pożyteczne dywagacje na temat jakichś tam "układów" czy innych takich, pozostańmy więc przy stwierdzeniu, że jest to bardzo ciekawe zjawisko - tym bardziej, że często argumentem w promocji linuksowych dystrybucji "biurkowych" jest właśnie brak problemów z wszechobecnymi na Windowsach wirusami i innym śmiećware'm.

Z tej ciekawości obejrzałem dziś bazę wirusów Symanteca w poszukiwaniu linuksowych wirusów. Owszem, istnieją, nie ma co ukrywać. Całe dwadzieścia cztery sztuki, wliczając w to wormy i trojany, które stanowią na tej liście większość. Ustrojstw zaliczonych przez Symanteca do kategorii Virus jest pięć, co w porównaniu do ogólnej liczby 72214 wirusów wykrywanych przez najnowsze definicje antywirusowe jest aż śmieszne.

Kolejne ciekawostki można wyczytać z opisów tych wirusów. Jedynie 3 z nich są z tego roku - cała reszta wykorzystuje przeróżne luki w oprogramowaniu, które zostały już zapewne dawno załatane. Dodatkowo, część z nich wykorzystuje do działania i rozprzestrzeniania się przeróżne systemowe pliki, np. /etc/rc.conf (którego w moim Ubuntu w ogóle nie ma), jeden podmienia /usr/bin/ps na zainfekowaną wersję, inne wymagają do zainfekowania phpBB (no, kto na domowej workstacji trzyma swoje forum? ) czy w ogóle Apache'a.

No i wszystko bardzo pięknie, tylko że normalny użytkownik do plików systemowych nie ma i nie powinien mieć praw zapisu, tak więc spora część tych wirusów nie ma dodatkowo prawa bytu, pomijając już aktualność błędów w systemie. Oczywiście istnieją jednostki, które działają zawsze z konta root'a, jednak nie jest to zazwyczaj nikomu do szczęścia potrzebne. Nie przeczę, że zupełnie inny pogląd na te zagrożenia przyjmują administratorzy serwerów linuksowych - jednak dla nich jest to chyba normalna sprawa, że dziury w oprogramowaniu powinno się regularnie łatać i sprawdzać, czy nie ma jakichś trojanów itp.

Natomiast dla całej reszty, czyli zwykłych użytkowników, jest to niepotrzebne sianie paniki. Jak już napisałem na samym początku - interesujące zjawisko, szkoda tylko że całkowicie niepotrzebne. Końca świata (nawet jedynie tego open source'owego) jednak nie będzie, przynajmniej nie tak szybko, jak by panowie redaktorzy z DI oraz PCWK chcieli.

kwi 10

... bo kod, jaki człowiek potrafi wygenerować jest straszny. Na przykład coś takiego:

$j = count($cntar) - 1;
for ($i=0; $i<$j; $i++) {
$content .= $cntar[$i] . ', ';
}
$content .= $cntar[$j] . "); ?>";

Zamiast szybkiego, prostego...

$cntstr = implode(",", $cntar);
$content .= $cntstr . "); n";

No cóż. Poniedziałki są złe, ktoś jeszcze zaprzeczy?

kwi 07

Doczepię się jeszcze tylko na koniec do jednej z wypowiedzi Riddle'a - w osobnym wpisie, bo to byłby już kolejny offtopik:

"Szczegóły odróżniają prace profesjonalistów od trzynastoletnich synów sąsiada robiących stronkę w Drimłejwerze. Jeśli ten ktoś wybrał bez mrugnięcia okiem HTML 4.01 *Transitional* to nie wierzę że ten serwis będzie miał coś wspólnego z nowoczesną siecią po 21 kwietnia… trzeba go od podstaw przepisać a nie tylko pohackować."

Zastanawiające, jak takie teksty potrafią śmieszyć, kiedy ma się codziennie do czynienia z tworzeniem większego serwisu (a między innymi tym się aktualnie zajmuję). Tym bardziej, że jeszcze całkiem niedawno sam głosiłem podobne kwestie. "Nowoczesna sieć" brzmi bardzo pięknie, validujący się XHTML 1.0 Strict także... dopóki człowiek nie zetknie się na przykład z goniącymi terminami, albo z wymaganiami zgodności gotowej strony co do piksela z projektem w photoshopie. I wtedy nie ma lekko - albo się robi stronę na tabelkach + css i wyrabia się na termin, albo zaczyna się kombinować z divami, validatorami, bugami wyświetlania w przeglądarkach... Wtedy trzeba być naprawdę wielkim magikiem, żeby zrobić coś takiego w terminie - albo po prostu mieć cholernie dużo cierpliwości.

W XHTML i divy mogę się bawić u siebie, gdzie nikt mnie nie opieprzy za to, że strona pod IE wygląda inaczej niż pod Firefoxem, gdzie mam po prostu w dupie, że Opera nagle bierze sobie z kosmosu cellspacing, no i przede wszystkim - gdzie nie trzeba się przejmować, że spędzi się kilka dni więcej na obchodzenie wynalazkowych bugów IE.

Robię teraz w pracy duży serwis. Dostałem od grafika pociętą stronę właśnie na tabelkach i robię na tym co mam - bluzgając co prawda od czasu do czasu, ale mam zamiar się z robotą wyrobić do terminu. A potem dopiero, jak już wszystko będzie działać, wezmę sobie od grafika plik .psd i dla własnej przyjemności oraz dla niewypadnięcia z wprawy sam go potnę tak, jak mi będzie pasowało. Być może, jeśli wyjdzie to jakoś po ludzku, to stary template zostanie podmieniony na nową wersję - na szczęście kod serwisu jak najbardziej na to pozwala.

kwi 07

Ciekawa inicjatywa. Gwar to taki Wykop dla nie-geeków (sam nie skorzystam z niego zapewne zbyt często, chyba że biernie i z nudów - mam tablice korkowe i w domu, i w pracy, hahaha), czyli nowy element portalu gazeta.pl. Dla mniej uświadomionych w nowinkach i ogólnie w Web2.0 - ot, prosty pomysł, ludzie dodają linki przyporządkowane do jakiejś kategorii (albo, jeśli ktoś woli łebtuzirołspik - "odpowiednio potagowane"), a potem inni klikają, żeby dodać linkom oceny. Pomysł stary i od dawna używany (z pominięciem kategorii) na przeróżnych bashach i innych geekzach.

Nowością wśród innych tego typu serwisów jest podpięcie całości pod portal Gazety - co w momencie oficjalnego startu Gwaru powinno mu przysporzyć sporej popularności właśnie wśród normalnych użytkowników sieci. I o nich właśnie chodzi - dlatego też można się zdrowo pośmiać, kiedy czyta się na przykład wpis Riddle'a dotyczący Gwar.pl.

Rejestracja? Przecież użytkownicy portalu Gazety mają te konta od dawna. A to nie tylko zwykli użytkownicy, ale zapewne też sporo osób, które tak jak ja, założyły sobie konto dla dostępu do gazetowego serwera news.

Brak AJAXa? No tak, przecież ważni są tylko ci użytkownicy, którzy mają włączony JavaScript. Ciekawe, czemu Riddle nie czepia się Wykopu, który z wyłączonym JS jest w jednej trzeciej nieużywalny, bo w ogóle nie ma wtedy możliwości "wykopania" czy "zakopania" linka z głównej strony. Co ciekawe, ze strony komentarzy da radę to zrobić, chociaż do głowy by mi nie przyszło, żeby tego tam szukać.

Nieporozumienie? Ale przecież wystarczy poświęcić trochę czasu, żeby znaleźć blog twórcy nowego serwisu, a w nim wpis o przecieku. "Wersja testowa jest zaplanowana do 21 kwietnia. Pewnie po świętach bym coś tu napisał", pisze Tebe w komentarzu pod notką. Jako że sam trochę różnych rzeczy zrobiłem, sam dobrze wiem, jak mają się sprawy z wersjami testowymi - czasem końcowy efekt potrafi bardzo różnić się od tego, co można było zobaczyć na testach. Dlatego też z zasady nie chwalę się swoimi projektami, dopóki nie są skończone - i najwyraźniej taką samą filozofię wyznaje Tebe.

Jest to jak widać rozsądne, bo unika się wtedy niepotrzebnego krytykanctwa, nie mylić z krytyką - takie niepubliczne projekty pokazuje się oczywiście paru wybranym osobom, żeby wysłuchać, jakie mają uwagi, co jeszcze można by zrobić, a co się zupełnie nie podoba. Normalne, zdroworozsądkowe podejście - ale jakże niezgodne z najnowszymi trendami w Internecie.

No cóż, według mnie projektu nie pokazuje się światu, dopóki się go nie zrobi do końca. Jeśli ktoś myśli inaczej, to jego sprawa - ale dla mnie wygląda to tak, jakby fabryka samochodów sprzedawała ludziom samą ramę z silnikiem i mówiła - przyjedzie pan pojutrze, to dospawamy panu dach i może drzwi, a za dwa tygodnie wstawimy fotel kierowcy. Ktoś może powiedzieć, że sam przecież złamałem wyżej napisaną zasadę na własnym netlogu. Sure, nie wszystko jest skończone, jednak z drugiej strony, nie ma tu jeszcze tylu odwiedzających, żebym mógł powiedzieć, że jest on wypuszczony dla publiki. ;) Poza tym nawet w tym momencie nie uważam swojej strony za betę. To co jest, działa sprawnie. To, czego nie ma, czyli zabawki takie jak trackback - będzie jak będzie. To po prostu kwestia definicji.

No ale wystarczy offtopików. Wstrzymam się z komentarzami co do samego Gwar.pl aż do momentu oficjalnego startu, bo przez dwa tygodnie serwis może się jeszcze bardzo zmienić. Na razie wygląda bardzo interesująco.

Poprzednia strona : Następna strona

SkyAce_PL