Dzisiaj, jak widać na załączonym obok obrazku, będzie trochę o WoWie. Jak pisałem wcześniej, dolevelowałem mojego krasnoludzkiego rogue'a do 70 poziomu, pozbywając się wcześniej balastu w postaci gildii nieudaczników i dołączając do głównie norwesko-duńskiej gildii Conclave of Shadows.
Okazało się to być zdecydowanie dobrym posunięciem - zamiast denerwować się ciągłymi porażkami w Karazhanie (o ile w ogóle udało nam się tam pójść - zdaje się, że poprzednia gildia nadal ma z tym problemy), odwiedzam wraz z 24 innymi osobami znacznie ciekawsze miejsca i mam generalnie sporo okazji do stania za wielkimi potworami i kłucia ich ostrymi przedmiotami.
Naramienniki, które widać na screenie, to mój pierwszy kawałek z zestawu Tier 4, zdobyty zaledwie w czwartek, a wyjęty z ciepłego jeszcze ciała High King Maulgar - pierwszego z bossów w Gruul's Lair. Później zabiliśmy jeszcze samego Gruula oraz drugą poczwarę przewidzianą na ten wieczór, czyli Magtheridona. Co prawda z każdego wypadły kolejne elementy zestawu, ale niestety skończyły mi się punkty DKP i świsnęli mi je jacyś paladyni. Cóż, zdarza się, wypadło teraz, to wypadnie i następnym razem - i tak jestem jedną z niewielu (o ile nie jestem nawet jedyny ;] ) nie do końca dobrze wyposażonych osób, więc konkurencji specjalnie dużej nie mam, a i DKP się jeszcze uzbierają.
Btw, ilu rogue'ów potrzeba, żeby zabić paladyna? Dwóch - jeden, żeby zmusić go do użycia bąbla, a drugi, żeby wykończyć go w tawernie w Ironforge. Okej, to było mega hermetyczne, nawet jak na mnie, ale naprawdę mi się podoba. :)
Wracając jednak do tematu - zanim poszedłem w ubiegłym tygodniu na swój pierwszy 25-cio osobowy raid, praktycznie nie miałem pojęcia, jak to będzie wyglądać. Oglądałem co prawda jakieś tam filmiki dotyczące danych bossów, ale filmiki niespecjalnie przygotowują na przykład na łapanie ciosów zabierających po 27 tysięcy HP, czy też łapanie spadających z góry kawałków sufitu (67 tysięcy HP) - a to wszystko dlatego, że przypadkiem znalazłem się w złym miejscu i czasie. ;) Oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć, że takie "wypadki przy pracy" zabijają praktycznie każdego - a szczególnie mnie, jako że mam (w zależności od buffów) 7 w porywach do 9 tysięcy HP. Łatwo jest więc zginąć, równie łatwo jest też pociągnąć za sobą połowę grupy, żeby nie ginąć w samotności - cały bajer polega natomiast na tym, żeby tego nie robić.
Spotkania z raidowymi bossami są w przeważającej większości o wiele ciekawsze niż walki z bossami z normalnych instancji (o questach nie wspominając), i to nie tylko z racji wielokrotnie większej ilości osób w nich uczestniczących. Wymagają one poznania i opanowania konkretnych strategii i każda z 25 osób ma coś konkretnego do roboty. To generuje sporo nerwów na początku, kiedy dopiero uczysz się coś robić, ale też i wiele satysfakcji, kiedy w końcu się uda i boss leży martwy, a ty możesz z jego ciała dostać nowe, błyszczące epickie przedmioty.
W WoWa gra łącznie jakieś 10 milionów osób, ale jedynie niewiele procent z tej liczby ma okazję brać udział w końcowych raidach - i muszę się przyznać, że możliwość uczestniczenia w czymś takim jest naprawdę bardzo fajna. Warto było dobijać kolejne poziomy, zbierać niezbędny sprzęt i poświęcać sporo czasu na kombinowanie, jak być coraz lepszym. Błyskotki to tylko uboczny efekt tego wszystkiego, choć nie ukrywam, że też ważny.

