Wracając do normalnych tematów (o WoWie jeszcze będzie, jak tylko uda mi się zdobyć jakieś nowe fajne błyskotki), skończył się weekend i byczenie się w Białymstoku, trzeba by się w takim razie zabrać z powrotem do roboty, a to wprost doskonała okazja, żeby sobie trochę pomarudzić. ;)
Poprzedni projekt (ten ciągnący się w nieskończoność) jest już praktycznie zakończony, teraz muszę jeszcze przez jakiś tydzień zakończyć aktualnie wiszącą mi na głowie pierdołę, czyli kretyńsko napisany serwis, który wyposażamy w nową grafikę i kilka dodatkowych funkcjonalności. Wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że całość chodzi na jakimś dziwnym, domowej roboty frameworku, w którym praktycznie nic nie wiadomo, co, gdzie, jak i po co. Oczywiście poza komentarzami w kodzie, dokumentacji zero i ogólnie tragedia. Obrazu nieszczęścia dopełniają templatki w Smarty, zdecydowanie w tym przypadku nie ułatwiające życia ani mi, ani naszemu grafikowi.
Na szczęście po tym tygodniu dostanę własny projekt, którym będę się zajmował w całości i od zera. To dobrze, bo będę mógł przeforsować trochę swoich rozwiązań, a może też uda mi się przekonać szefa i grafika, że serwis tego typu nie musi wyglądać jak dziesięcioletnia kupa wygrzebana z otchłani internetu - a tak właśnie prezentuje się nasza konkurencja w tej dziedzinie. O tyle dobrze, że Zend Framework i dobry, nietabelkowaty layout są już u nas właściwie standardem, a svn właśnie powoli się nim staje - dzięki temu będę miał trochę mniej problemów związanych z nowym projektem.
Jeszcze tylko gdybym mógł zamordować moich współpracowników, drących namiętnie ryje, jakby się w buszu wychowali i puszczających od czasu do czasu głupawe, badziewne pioseneczki... Przez ten cholerny, ciągły hałas nie można się nawet skupić na pracy, bo zaraz się jakieś ryki przez słuchawki przedzierają. Może jak już będę miał opracowane założenia tego wszystkiego, to w początkowej części kodowania spróbuję trochę w domu popracować, żeby nie oszaleć do końca...

